1 września to czas, w którym myślami nieuchronnie wracamy do tragicznych wydarzeń z 1939 roku. Wówczas to właśnie przez Krajnę przebiegała granica państwowa pomiędzy II Rzeczpospolitą a III Rzeszą, czyniąc z Więcborka jedno z najbardziej wysuniętych na zachód polskich miast na pomorzu. Pierwszy wrześniowy poranek brutalnie, choć nie bez ostrzeżenia, zamienił te spokojne, przygraniczne obszary w teren dramatycznych starć rozpoczynającej się kampanii.
Inspiracją do opowiedzenia tej historii na nowo stał się niezwykle wciągający materiał Olafa Popkiewicza (na kanale YouTube pt. „Armia Pomorze cz. 1 „Czaty” ). Znany archeolog i badacz historii przemierza w nim okoliczne więcborskie lasy, odnajdując materialne, namacalne ślady tamtych chwil. Zapraszamy Was w podróż śladami żołnierzy I Batalionu 22. Pułku Piechoty – bez bogoojczyźnianego patosu, za to z chłodnym i bolesnym realizmem, który pozwala zrozumieć surową rzeczywistość pierwszych godzin wojny.

Przebieg granicy między Polską, a Niemcami w 1939 r.
70 kilometrów samotności: Taktyczna próżnia w korytarzu pomorskim
Strategiczne położenie Armii „Pomorze” w tzw. korytarzu polskim, wciśniętym między Rzeszę a Prusy Wschodnie, stanowiło w przededniu wojny klasyczny przykład operacyjnego osaczenia. Polska 9. Dywizja Piechoty (pod dowództwem płk. Józefa Werobeja) otrzymała zadanie z góry skazane na niepowodzenie: osłonę odcinka o długości blisko 70 km. Tak drastyczne rozciągnięcie linii obrony, przy posiadanych stanach osobowych, doprowadziło do powstania gigantycznej „taktycznej próżni”.
Symbolem braku ciągłości frontu stała się 15-kilometrowa wyrwa między 22. a 35. pułkiem piechoty. To właśnie w tę przestrzeń, jak w masło, miały uderzyć przeważające siły niemieckiej 4. Armii, w tym jej pancerny taran – 19. Korpus Armijny pod dowództwem gen. Heinza Guderiana. Konsekwencją tej dysproporcji był całkowity brak mobilności polskiej dywizji i niemożność wsparcia zagrożonych skrzydeł. Najbardziej wysuniętym na zachód, odizolowanym i z góry spisanym na straty punktem tej linii stał się Więcbork.
Prestiż ponad strategię: Pułapka w Runowie-Młyn
Dlaczego w ogóle dyslokowano I Batalion 22. Pułku Piechoty pod dowództwem mjr. Jana Poborowskiego aż do Więcborka, wpychając żołnierzy prosto w kleszcze wroga? Jak przypuszcza autor filmu, decyzja ta była dyktowana wyłącznie prymatem polityki nad logiką wojskową. Do obrony punktu bez znaczenia strategicznego oddelegowano ponad 1200 żołnierzy, wspieranych przez pluton pionierów, pluton przeciwpancerny oraz 5. baterię 9. pułku artylerii lekkiej.
Głównym powodem skierowania tam tak doborowych sił była konieczność ochrony dawnego pałacu von Bethmann-Hollwega w Runowie-Młyn, pełniącego od 1933 roku zaszczytną, acz wyłącznie prestiżową funkcję rezydencji Prezydenta RP Ignacego Mościckiego. Krytycznym błędem wyższego dowództwa było również unieruchomienie w tym miejscu dwóch kluczowych radiostacji (batalionowej i dywizyjnej). Zamiast zapewniać łączność operacyjną i ratować życie żołnierzy, cenne urządzenia tkwiły w pułapce. W efekcie ponad tysiąc ludzi mjr. Poborowskiego rzucono na pozycje narażone na natychmiastowe okrążenie, bez jakiejkolwiek realnej korzyści dla obrony kraju.
Śmiłowo w świetle lasera: Rygiel między jeziorami
Zrozumienie zamysłu polskiej obrony ułatwia dziś lotniczy skaning laserowy (LiDAR). Cyfrowy model terenu pod Śmiłowem, wolny od roślinności i zatarć, do dziś ujawnia precyzyjny system okopów 3. Kompanii Strzeleckiej.
Polska obrona w tym rejonie była z punktu widzenia taktyki majstersztykiem. Okopy ulokowano na szczycie wysokiej skarpy na skraju lasu, wykorzystując przesmyk między okolicznymi jeziorami. System ten był klasycznym „ryglem” – blokował jedyną utwardzoną drogę podejścia dla niemieckiego sprzętu ciężkiego. Z kolei rozmieszczenie gniazd ciężkich karabinów maszynowych na krawędzi wzniesienia pozwalało na prowadzenie morderczego ognia bocznego. Dla nacierającego frontalnie wroga, Śmiłowo było punktem trudnym do zneutralizowania.

Na leśnym wzgórzu w okolicach Więcborka wciąż widoczne są okopy z 1939 r.
Archeologia pośpiechu: Artefakty prawdy
Wizja lokalna, przeprowadzona w rejonie stanowisk 3. Kompanii, pozwoliła na zweryfikację historii dzięki niemym świadkom wydarzeń z 1939 roku. Z wypełnisk okopów wydobyto między innymi guzik mundurowy z orłem oraz – co najbardziej symboliczne – wojskową oliwiarkę do broni.
Znaleziona oliwiarka była zamknięta i wciąż wypełniona towotem (smarowidłem do broni). To technologiczny dowód na ekstremalny pośpiech, jaki towarzyszył opuszczaniu pozycji. Żaden z żołnierzy na linii frontu nie porzuca pełnego i gotowego do użycia narzędzia, niezbędnego do utrzymania karabinu w sprawności. To nie był swobodny, regulaminowy odwrót. To była gwałtowna, wymuszona ewakuacja ratująca życie pod miażdżącą presją wroga.
Chronologia dramatu: Zegarek majora Poborowskiego
Przebieg działań pod Więcborkiem w dniu 1 września charakteryzował się niezwykłą dynamiką:
- 02:00 – Pierwsze strzały w rejonie padają jeszcze przed atakiem na Westerplatte. Polskie placówki Straży Granicznej wchodzą w kontakt ogniowy z uzbrojonymi oddziałami Wehrmachtu i dywersantami.
- 02:30 – Batalion mjr. Poborowskiego w poczuciu pełnego zagrożenia zajmuje stanowiska bojowe (w tym w Śmiłowie).
- 07:00 – Po kilku godzinach bohaterskiego oporu, kupującego bezcenny czas piechocie, zmasakrowane wysunięte placówki Straży Granicznej ulegają pod naporem przeważających sił wroga.
- 07:30 – Niemieckie uderzenie dociera do polskich pozycji głównych na przesmyku. Wywiązuje się zacięta wymiana ognia. Polacy bronią się skutecznie, jednak Niemcy szybko orientują się w terenie i zaczynają oskrzydlać polskie zgrupowanie po niebronionych flankach.
- 10:00 – Mjr Poborowski dokonuje chłodnej oceny sytuacji: jego batalion „wisi w próżni”, a pancerne kleszcze zamykają się za jego plecami. Aby uniknąć rozbicia i bezsensownej rzezi, major wydaje rozkaz odwrotu.

Działania wojenne 1 września 1939 r. Źródło: Wikipedia
Wielka Klonia: Starcie z „Czarnym Koniem” Guderiana
W czasie, gdy batalion wycofywał się spod Więcborka, dramat rozgrywał się nieco dalej – w rejonie Wielkiej Klonii. Tam stacjonowała 8. Kompania 22. pp (około 100 żołnierzy) pod dowództwem porucznika Soli. Służyła ona jako czata – zwiadowcza placówka wysunięta, próbująca łatać wspomnianą wcześniej 15-kilometrową wyrwę w polskim froncie.
Około godziny 9:00 rano kompania ta przyjęła na siebie uderzenie 3. Dywizji Pancernej – formacji nazywanej „czarnym koniem” 19. Korpusu gen. Guderiana. Bój był nierówny, krwawy i trwał zaledwie 30 minut. Choć polskie relacje wspominają o próbach niszczenia wrogich pojazdów, rzeczywistość była bezlitosna. W pół godziny polska kompania straciła kilkunastu zabitych i rannych (ok. 15% stanu osobowego). Porucznik Sola zarządził taktyczny odwrót. Z wojskowego punktu widzenia starcie było porażką, jednak spełniło funkcję osłonową i alarmową – polskie dowództwo poznało główny kierunek pancernego walca Wehrmachtu.
Epilog: 40 kilometrów przez piekło
Odwrót I Batalionu spod Więcborka nie zakończył ich kłopotów – był to dopiero początek walki o przetrwanie. Po opuszczeniu linii obronnej oddział mjr. Poborowskiego znalazł się w śmiertelnej pułapce. Przez całe popołudnie żołnierze ukrywali się w gospodarstwach w miejscowości Wólka, z trudem unikając wykrycia przez wrogie lotnictwo i patrole pancerne, które rozlały się już po okolicznych polach.
Dopiero o godzinie 20:00, pod osłoną ciemności, Polacy rozpoczęli forsowny marsz na dystansie 40 kilometrów w stronę Drzycimia, gdzie ostatecznie zdołali połączyć się z macierzystym 22. pułkiem piechoty. Mimo fizycznego wyczerpania, potężnej przewagi wroga i rażących błędów politycznych najwyższego dowództwa, mjr Poborowski zachował zimną krew. Potrafił wyprowadzić ponad tysiąc swoich podwładnych z okrążenia, ratując ich przed niewolą lub śmiercią już pierwszego dnia wojny. To właśnie z takich – do bólu pragmatycznych i trudnych decyzji dowódców liniowych – utkana była prawdziwa kampania wrześniowa.
